0

Nuda i jedzenie

Nie mam niestety dobrej przemiany materii. Tyję od samego patrzenia na jedzenie. A pracę mam siedzącą, pod napięciem. Mieszanka wybuchowa.

Wczoraj byłyśmy u E. Ogromny ogród, warunki komfortowe. Mi właśnie komfortu i przestrzeni w życiu brak. Nie luksusu. Można spokojnie iść z dzieckiem na spacer, bez ryzyka wdepnięcia w psią kupę. I nawet głodna nie byłam zbytnio. Dla porównania w biurze, to mi się nieczęsto zdarza.

Więc fajnie. No ale kasy ciągle brak na kupienie chaty z rodzicami, więc co ja się będę ekscytować relaksem raz na dwa lata….

Dzisiaj zaczęłam oglądać The last sheep. Wyłączylam gdzieś po połowie pierwszego odcinka, bo po prostu nie mogłam wytrzymac, to jest kwintesencja moich lęków. Światowa zagłada, a moje dziecko gdzieś tam samo przestraszone płacze, matka już nie żyje.

Ex przetransportował nas teletransporterem do Krakowa i nawet się młodą pozajmował.

Poza tym ekspres do kawy, okazuje się, jest zepsuty i to jeszcze w taki sposób, że naprawa nieopłacalna. No i kto tych naprawiaczy sprawdzi, przecież nie ja. Nie mam chęci nowego kupować, tzn precyzyjnie, nie mam ochoty za niego płacić:D

0

Nuuuudzi mnie…

Mam nowego laptopa, a więc wznawiam bloga.

Piszę to z niechęcia, ale moje dziecko mnie nudzi. Przez większość czasu. Nie mam ochoty na zabawy ruchowe. Piersi mi przy tym skaczą niewygodnie. Nie mam siły, jestem niedospana. Praca dziecko, praca dziecko.

Pewnie byłoby mi lżej, gdybym nie była z nią sama. Choć nie wiem ile lepiej, wydaje mi się, że najlepiej by mi było gdyby drugie dziecko były. I by się razem bawili.

Bo tak jak jest teraz to nuda. Jeszcze zima, zimno, ona sie bawi w śniegu ja z pracowym laptopem na plecach, nie chce sie tarzac, zresztą nie mam siły, bo ta praca choć siedząca mnie wykańcza. Korporacja. Albo wlezie w ukrytą pod śniegiem kupę. A poza tym ten śnieg to ściema, ledwie ziemie przykrywa.

Totek sie wygrać nie chce, choć ja mu w tym próbuje regularnie pomóc. Więc jest jak jest.

Koleżanka przyjechała z Irlandii, nie dała mi wcześniej znać. A tak nagle na wtorek albo środe to ja nie chcę się umawiać. Bo potem na drugi dzień tak czy siak trzeba do przedszkola. Dziecko marudne, że z matką czasu nie spędziło (choć przecież spędziło z koleżanką, czyli sytuacja analogiczna do posiadania rodzeństwa – czy to oby nie jest mój wymysł).

Za to za tydzień jadę na moją pierwszą jazdę. Dwie godziny z jakimś bodaj Rafałem. Musze się do psych udać po więcej promanololu. Jakoś trzeba ten egzamin zdać.

Marazm, ale ja to chyba ‚lubię’. Tylko więcej komfortu mi w życiu trzeba.