Urodziny, alergolog, Pan w pociągu i inne takie…

Urodziny, alergolog, Pan w pociągu i inne takie…

Poprzedni wpis pojawił się 23 stycznia, czyli de facto troszkę po urodzinach mojego dziecka. Zachowałam w draftach zamiast opublikować. Wszystko poszło pięknie sprawnie, wyłączając mały problem z PKP. W każdym razie młoda zaliczyła swoją pierwszą podróż pociągiem, akurat trafił się nam taki nowoczesny, wygodny, nieśmierdzący.

Zazwyczaj moje doświadczenia są dokładnie przeciwne do tego kolejowego, ale tym razem akurat było tak…Wjechać wózkiem na stację kolejową nie mogłam, bo były rynienki, do których mój wózek z podwójnymi kołami nie pasował. Już sobie wyobraziłam, że młody chłopak z góry podleci i będzie chciał pomagać, jak to zazwyczaj bywa, a ja będę musiała odmówić (bo mi wygodniej jednak wnosić samej, zwłaszcza na lodzie) i będzie niezręcznie, ale ten odwrócił się do nas swoim szanownym zadkiem i udał, że nas nie widzi.

W pociągu zagadywał do mnie Pan. Przystojny, fajny głos, bez obrączki w odpowiednim wieku, choć chyba trochę za stary. A ja zupełnie nie miałam na takie gatki ochoty… A ten próbował, a to dziecko, a to pociąg, a to gdzie jest konduktor, a to taka ładna zima. Masakra. W końcu zadzwoniłam do eksa czy po nas przyjeżdża tak jak się umówiliśmy i … Pan zmienił miejsce :) Punkt dla niego, nie był zainteresowany kimś zajętym. Z drugiej strony czy ja mam na czole wybite „wolna”? Obrączki nie noszę, ale skąd to założenie?

Maruda ze mnie, najpierw marudzę, że nie mam szans nikogo spotkać, a potem jak spotkam to odstraszam.  Gdzie tu sens i logika?

Eks zawiózł mnie do rodziców, tam ładnie pobawił się z dzieckiem i nim przybyli goście poszedł. To jest rozwiązanie na ten rok. Co będzie w przyszłym roku – się okaże.

A co do samych urodzin mała dostała piękne prezenty, miała śliczny tort i ogólnie cieszyła ją uprzywilejowaną pozycja i byciem w centrum uwagi wszystkich gości.

Poza tym byłam z niej bardzo dumna gdy pięknie walczyła ze swoim kuzynem trzylatkiem o reklamówkę. Nie rozpłakała się tylko ciągnęła i nie puszczała – dobre dziecko. Matka musiała zainterweniować i przynieść drugą reklamówkę tak by oboje byli zadowoleni.

Byłam w końcu u alergologa dziecięcego i muszę stwierdzić, że jestem niezadowolona. Pani zrobiła bardzo dokładny wywiad, opowiedziałam jej całą historię jej alergii od kiedy była malutka. Obejrzała młodą i orzekła co następuje. U tak małych dzieci testów alergicznych się nie wykonuje. Można by określać IgE z krwi, ale my mamy po prostu zrobić test i wypić mleko, bo skoro młoda aktualnie objawów nie ma (no pewnie, że nie ma skoro pilnujemy diety), to samo moje opowiadanie nie wystarczy. Bo u roczniaka uczulenie na mleko jest niezmiernie rzadkie. Nie rozumiem tej Pani, jaki ja mam interes we wmawianiu jej alergii mojego dziecka. Dostanę zaświadczenie i będę mogła dostawać pepti na receptę. I nie chodzi tu o refundację samą w sobie, tylko o to, że bez recepty tego pepti w ogóle nie kupię i co moje dziecko ma jeść gdy akurat ząbkuje nic stałego do buzi nie pozwoli sobie włożyć, a mamy w domu nie ma od 8 do 18 (co się na szczęście nie często, ale zdarza).

No nic wypiłam mleko, młodą obsypało, zdrapała sobie cały dekolt, zaczęła robić zielone biegunkowate kupki i ma masakrystyczny katar, ale nie chorobę, nie kichanie, nie kaszel, tylko katar, którego nie da się wyciągnąć z nosa, ale który skutecznie utrudnia spanie.

A po kilku dniach objawy przeszły i teraz znów zjadłam jogurt, ale młoda się wycwaniła i odmówiła cyca (czyżby wyczuła smak?), wiec kupiłam zwykłe mleko modyfikowane i podałam jedną butlę. Już widzę wysypkę, zrobiło się też odparzenie i dzisiaj rano młoda znowu zrobiła brzydką kupę, teraz tylko obawiam się, że będę musiała podać butlę jeszcze raz by ta wysypka utrzymała się do wtorku gdy idę do tej lekarki, bo jeszcze gotowa mi nie uwierzyć.

Masakra.

Jeśli odmówi, to po prostu sama zrobię to IgE i ktoś mi to kurcze zaświadczenie będzie musiał wydać.

A jeszcze sobie przypomniałam, że gdy powiedziałam babce, że młoda drapie się gdy zjem coś z mlekiem, to ona na to, że trzeba skórę smarować jakimiś emolientami. No fajnie, ale nie lepiej po prostu ograniczyć dziecku kontakt z alergenem, bo z tego co mi wiadomo, najskuteczniejsza metoda walki z alergią to ograniczenie kontaktu do zera przez dłuższy okres czasu…

Przestałam korzystać z przerwy dla karmiących w pracy, młoda to odczuła i kilka ostatnich dni odbijała sobie chodząc spać o 22, a potem śpiąc 3 godziny w ciągu dnia. Fajnie spędzać czas z dzieckiem, ale ja się wykończę bez choćby godziny dwóch wieczorem dla siebie.

Lęki, myśli, wątpliwości…

Lęki, myśli, wątpliwości…

Notorycznie brak mi snu, a teraz dodatkowo miast spać bloguję. Bo blogowanie uzależniające jest, a ja bloga swojego lubię.

Brak mi snu z tej przyczyny, że dziecko moje które, za dni dosłownie parę skończy rok, wyząbkowuje swoją drugą czwóreczkę. Budzi się w nocy i płacze. Ja funkcjonuję na kawie i autobusach. Siły mi po prostu brak by pomaszerować te pół godzinki do pracy. Zwłaszcza, że zimno. Siły mi też brak by przygotować sobie sensowne jedzenie w domu i kończy się tak, że kupuję jakieś buły w budzie przed budynkiem gdzie znajdują się biura mojej firmy, a potem poprawiam Snickersem albo innym syfem. I tak już kilka tygodni. Obiecuję sobie z tym skończyć i ostatnio było trochę lepiej, ale ciągle nie jest dobrze. No ale teraz przede mną dwa dni urlopu, z okazji urodzin mojego dziecka, więc może troszkę odrobię.

Moja kochana córeczka, która zaczęła zwracać się już do mnie mama, pojedzie w niedzielę pociągiem. Po raz pierwszy będziemy podróżować w ten sposób. Plan jest taki: minimalna ilość rzeczy (babcia zabrała dzisiaj wszystko co potrzebne samochodem), super lekki i super mocno składany wózek w jednej ręce, dziecko w drugiej ręce i do tego przekładana przez ramie torba. Wózek położę na podłodze pociągu a sama, trzymając dziecko po jednej stronie, a trzymając się poręczy drugą ręką wdrapię się do pociągu – to jest opcja zakładająca pustki na peronie i brak pomocy z wózkiem. Jeśli znajdzie się jakaś pomocna dusza (najlepiej wolna, płci męskiej i jakaś taka fajna życiowo), to poproszę o wtransportowanie wózka do pociągu.

A co do zwracania się do mnie mama – to chodzi konkretnie właśnie o to, że gdy je i chce mnie nakarmić to mówi mama i wyciąga łyżeczkę, gdy dzisiaj w nocy przebudziła się na chwile zawołała właśnie mama. (Brzmi to trochę jak mamma). Rzecz nie tylko w samym mówieniu mama, bo to robi od dawna, ale używaniu tego słowa w komunikacji ze mną, a do tego używaniu go prawidłowo.

A mnie naszły wątpliwości i obudziły się moje lęki. Lęki że będę sama, a do tego samotna. Smutno mi  bo moje dziecko ma  utrudniony start życiowy (bo bez opieki codziennej i częstej swojego taty), a tak chciałam zapewnić jej wszystko co najlepsze. Ciągle daje jej wszystko czego według mnie potrzebuje. Kombinuję jak mogę w pracy by dać jej swój czas, pracuje wieczorami i w nocy, by wyjść z pracy na czas (co nie zawsze jest niestety możliwe), rezygnuję z wyjść przed godziną 20, bo jednak mała jest jeszcze bardzo mała i potrzebuje przede wszystkim obecności mamy. Wzięłam pracę jakiegoś tam leadera, bo tak trzeba było, by utrzymać pracę, by zarobić więcej, by zapewnić sobie zatrudnialność na przyszłe być może cięższe czasy. Z drugiej strony nie chcę stać się matką kwoką, która całe swoje życie skumulowała w dziecku, a potem gdy to dziecko ma to trochę gdzieś i po prostu chce beztrosko korzystać z życia, ta matka ma do niego pretensje, świadome lub nie, wyrażone lub nie.

I tak myślę, jak ja kogoś poznam skoro 100% czasu zajmuje mi praca i dziecko. Z czegoś bym musiała zrezygnować, ale nie mam z czego. Może za pare lat, moje dziecko będzie bardziej samodzielne i mniej mojego czasu będzie potrzebowało, ale czy ja chcę czekać kilka lat i pozostawać do tego momentu sama.

A może to są wszystko wymówki, bo zraziłam się, bo brak mi wiary, że potrafię z kimś być, że ktoś będzie chciał ze mną być, że spełni moje oczekiwania.

Za dużo myśli, jak na jedną, przeciętnych rozmiarów, głowę.

Chodzi, ząbkuje, płacze, rośnie…

Chodzi, ząbkuje, płacze, rośnie…

Moje biedne dziecko wyząbkowało dziewiątego ząbka – wielką czwórkę. Jest już na wierzchu i to dość sporo. A biedne dlatego, że okupiło to trzema nocami płaczu. Dostawała przeciwbólowe czopki, ale te niestety działają krótko, a bałam się przesadzić z dawką. Była też niewielka gorączka, wymiotowanie z płaczu i nieudane próby podania Nurofenu w syropku, połknęła na siłę, ale razem z powietrzem przez co nie mogła oddychać i musiałam sprowokować wymioty, by wypompować biedny brzuszek. Nie jadła prawie nic.

Z drugiej strony gotuje się druga czwórka, myślę że jej wyjście już tuż tuż, byle nie było tak spektakularne.

Ja trzy dni chodziłam o kawie, bo o ile młoda odespała troszkę w ciągu dnia, ja miałam trzy noce z może dwiema – trzema przespanymi godzinami. Wczoraj bałam się już, że ze zmęczenia ją przyleżę, więc dałam na noc do łóżeczka. Przed snem dostała butlę mleka modyfikowanego, tak by nie budziła się na cycanie, gdy w środku nocy zaczęła przez sen marudzić, uprzedziłam sytuację i „na spaniu” dostała kolejną dawkę paracetamolu. Potem rano koło 5 wzięłam już ją do łóżka i tak leżąc i cycając dospała do prawie 8 rano (normalnie budzi się dwie godziny wcześniej).

Wczoraj i dziś w ciągu dnia już nie podałam jej paracetamolu i było w miarę okej, tylko dalej je mikroskopijne ilości i to tylko rozpuszczalnego w buzi jedzenia (jak na przykład chrupki kukurydziane), no i w ciągu dnia spała tylko godzinkę. Padła za to przed siódmą wieczór.

To wszystko zbiegło się niestety z ciężkim okresem w pracy. Zamiast mnie moim cierpiącym dzieckiem, zajmowała się moja mama. Musiałam iść na kolację z klientem i kilka razy pracować dłużej ze względu na jakieś spotkania.  PANIE TOTKU, WEŹ NO POMÓŻ, POZWÓL PRZEJŚĆ NA PÓŁ LUB CHOĆ ĆWIERĆ ETATU!!!!

Swoją drogą w pracy też zawirowania, niekorzystne niestety. W ogóle coś mi świta w głowie, że idą zmiany…

A z dobrych spraw – myślę, że dzisiejszy dzień można uznać za ten w którym moje dziecko zaczęło chodzić, tzn chodziło już samodzielnie od jakiegoś tygodnia,ale po kilka kroczków, a dzisiaj przeszła z małego pokoju do dużego, wzięła z podłogi zabawkę i wróciła do małego. Wprawdzie cały czas szłam za nią i ze trzy razy przytrzymałam gdy straciła równowagę, ale zdecydowanie CHODZI. Bardzo  mnie to cieszy. BARDZO! Wszyscy mówią, że jeszcze zatęsknię za czasami gdy nie chodziła i łatwiej ja było mieć na oku, ale ja się tam bardzo cieszę. Będę mogła wyjść na spacerek, pokazać śnieg (który tak na marginesie dzisiaj spadł w dość dużej ilości) bez noszenia na rękach. Wiadomo wózek musi być, ale myślę, że jednak takie chodzące dziecko to już nowy etap życia:)

Wyniki badań mamy, anemii nie ma (więc może te cienie pod oczami to tylko taka jej uroda), nieznacznie podwyższone eonzofile sugerują alergię (voila) albo pasożyty…

A pobieranie krwi miało być bezbolesne i w sumie chyba takie było, choć moje dziecko i tak się przestraszyło i popłakało. Nakłucie wykonane było taką malutką igłą jak do sprawdzania poziomu cukru we krwi, a potem do małej rureczki wyciśnięto małej krew. Jak sobie pomyślę o pobieraniu krwi z żyły u młodej, to mi włosy dęba stają.

I ciągłe zapominam napisać – moje dziecko to reklamoholik. Może w koło oglądać reklamy serce i rozum. Potrafi spędzić 15 minut na ich oglądaniu, gdy puszczę jej playliste. To jak na niespełna roczne dziecko trochę wiele. Martwi mnie to trochę, ale i cieszy, bo mogę czasem spakojnie wyskoczyć do toalety:)

Zęby

Zęby

Moje i jej. Moje zżółkły, a jej pojawił się nowy, tym razem prawie na pewno, czwóreczka górna prawa. Pare razy już mi się zdawało, że coś tam jest.  Czy to możliwe, że zęby pojawiają się i znikają…? Jest to 9 ząbek. Mała jest marudna, dostaje czopki na noc, ale niestety one dość krótko działają i może dlatego ostatnio chodzę z oczami jak na zapałkach (przez to piję kawę, przez to mam nieładne zębiska), bo budzi się na karmienie jak gdy miała kilka miesięcy. Niestety kiepsko też ostatnio je, waży tylko około 10 kg, nie ma szans by dobiła 12 kilo nim skończy rok, tak by potroić wagę urodzeniową. Pocieszam się tym, że widocznie wydłużyła się – widać to po ubrankach.

No a je niewiele, bardzo bardzo powoli, nie daje się karmić łyżeczką i je tylko wybrane potrawy. Nie ma tak, że obmyślę sobie jadłospis na kilka dni, lub choć na weekend i sobie wszystko dla ułatwienia przygotuje. Muszę próbować, a to chlebek, a to ryż, a to jabłuszko,a  to chrupki ryżowe, najlepiej zjada mięso z nogi kurczaka. Słoiczków nie toleruje, bananów i cytrusów jeść nie może. Ciężko jest. Już wkrótce wizyta u alergologa. Miałam nadzieję, że jest lepiej z alergią próbowałam pić soję i raczej nie było objawów. Raczej… bo drapała się po brzuszku, co jeszcze kilka tygodni temu się zdarzało, ale ostatnio już nie. Nie jestem pewna czy to na skutek alergii. Po jakimś czasie spróbowałam z mlekiem i tu to samo, poza drapaniem się (wciąż) nie widać efektów….Może jej przeszło, może probiotyk pomógł. Mam nadzieję.

Wracając do moich zębów to są brzydkie, a konkretnie to po prostu żółte. Muszę poczytać na paskach wybielających czy mogę ich używać karmiąc (znalazłam tu, wprawdzie nie o paskach, ale podejrzewam, że „chemia” ta sama). Piję ostatnio dużo kawy, w tym też inki i herbaty. No i przyznaję się, zdarza mi się pójść spać (paść na nos do łóżka) bez zmycia makijażu i bez umycia zębów.

Masakra.

Mała coraz więcej chodzi, zachęcamy ją z mamą, stawiamy kilka kroków przed sobą i wołamy do siebie i ona dobiega i wpada w ramiona, te końcóweczki są dość chwiejne, ale co tam. Chciałabym by już chodziła, ciężko z nią tak maszerować po sklepie w półskłonie trzymając za jedną rękę (za dwie się nie zgadza). No ale nic na siłę, spokojnie czekam:)

 

 

Dumam i dumam

Dumam i dumam

Nad  żłobkiem i myślę, że przynajmniej spróbuję (bo już miałam w głowie wizję wynajęcia opiekunki od razu). Byłyśmy dzisiaj z siostrą w przyjaznej mamie knajpie. Moje dziecko ładnie bawiło się z, albo raczej obok drugiego dziecka i zupełnie nie zwracało na mnie uwagi. Gdy wracałyśmy zaczepiała jakichś ludzi w autobusie. Zdecydowanie bardzo społeczne dziecko. Widać to na każdym kroku.

Rodzeństwa, wygląda na razie, mieć nie będzie, więc chce jej zapewnić dobry start w dorosłość i uczyć umiejętności bycia  z innymi, życia w grupie.

Niech się kurcze uda!

A z innej bajki to ubolewam. Ubolewam, że większość fajnych książek jest w engliszu, bez tłumaczenia. Poleciło by się mamie czy koleżance, pogadało o tym przy kawie, wymieniło opinie…

Bo samo przeczytanie książki to połowa frajdy, druga połowa polega zdecydowanie na przedyskutowaniu jej. A niestety moi angielskojęzyczni znajomi mają zupełnie różny ode mnie gust. I tego co lubię nie czytają.

No a przykładowo takie Procrastination Equation to by się wielu z nim (w tym mojemu ex) bardzo, bardzo przydało.

Chyba petycje trzeba pisać o przetłumaczenie na polski:P

Jestem niestety paskudnym prokrastynatorem. Czytałam już na ten temat różne książki, nie jest ich z resztą ach tak wiele. Taka na przykład Self-discipline in 10 days: How to go from thinking to doing, autorstwa Theodore Bryant’a niestety okazała się nieskuteczna. Lub jeśli chodzi o ścisłość to ja okazałam się nieskuteczna w realizowaniu wskazówek w niej zawartych.

Próbowałam wskazówek zawartych w  ”Jak ujarzmić emocje? Trening.” Matthew McKay, Patrick Fanning, Martha Davis – nici.

Kupiłam sobie książkę na audible o prokrastynacji. Nie pamiętam tytułu, a książkę mi wcieło razem z dyskiem …

Procrastination Equation to już ostatnia deska ratunku, czytam i robię notatki.

Niech będzie skuteczna!

Jedynym moim postanowieniem noworocznym jest zerwać w  hmmm 60% z prokrastynacją!